logo
logo
Poniedziałek,
6 maja 2013
Brevi manu

Wybuch złości

zdjęcie
Katarzyna Orłowska-Popławska
Zastępca redaktora naczelnego Naszego Dziennika

Nie chcę być złośliwa, więc nie powiem, że mecenasowi Rogalskiemu uderzył do głowy hel. Jestem w stanie zrozumieć, że po wycofaniu pełnomocnictw przez Jarosława Kaczyńskiego i resztę rodzin jest zgorzkniały i rozczarowany. W końcu poświęcił tej sprawie niemal 3 lata życia, nie dystansując się wcześniej ani od reklamacji zgłaszanych do raportu Millera, ani od zastrzeżeń do pracy prokuratury. Nie odmawiam też Rogalskiemu prawa do artykulacji obiekcji wobec sposobu eksponowania przez Antoniego Macierewicza pewnych tez związanych ze sprawą Smoleńska. Jestem w stanie wyobrazić sobie, że mecenasa Rogalskiego, dysponującego określonym quantum wiedzy powziętej z lektury akt śledztwa, raziła część abstraktów formułowanych w kolejnych częściach raportu powstającego pod auspicjami zespołu Macierewicza. Rozumiem wreszcie, że zwyczajnie można też tego posła nie lubić. W każdym razie melanż zapewne niskiego poziomu koncyliacyjności jednego i słaba siła przebicia drugiego uniemożliwiły zgodną koegzystencję obu panów na jednym terytorium.

Nie oznacza to jednak, że od razu trzeba wchodzić do terrarium z jadowitymi gadami. Między zespołem smoleńskim a akolitami Macieja Laska jest przecież dużo miejsca. Doprawdy nie znajduję żadnego uzasadnienia dla wrzucania do jednego worka – co czyni Rogalski – mniej lub bardziej zasadnych uwag poczynionych na okoliczność aktywności Antoniego Macierewicza ze stygmatyzowaniem załogi w formie arbitralnego orzeczenia jej winy.

Problem w tym, że mecenas Rafał Rogalski w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” przekroczył granice nie tylko śmieszności, ale – niestety – i przyzwoitości, wystawiając sobie fatalne świadectwo jako osobie noszącej adwokacką togę. Ze świecą szukać w polskiej (i nie tylko) palestrze mecenasa, który – nawet po wygaśnięciu pełnomocnictw – kwestionowałby publicznie linię swoich dotychczasowych klientów. To przykry precedens, z pewnością niemieszczący się w kanonie etyki adwokackiej; można by rzec – zawodowe samobójstwo. Powściągliwość, dyskrecja i abstynencja od pochopnych sądów to w tym fachu szczególnie pożądana cecha.

W przypadku Rogalskiego górę wzięły negatywne emocje, chęć rewanżu, odwetu, głównie na Antonim Macierewiczu – w ocenie mecenasa, demolującego w sferze publicznej przekaz dotyczący zarówno samej katastrofy, jak i śledztwa smoleńskiego. Po trosze to też próba kompensaty bezsilności, która wyziera niemal z każdej frazy adwokata. Mam na myśli chociażby przymus pośrednictwa Macierewicza przy próbie umówienia prof. Biniendy na spotkanie z prokuratorami i fiasko tej misji mimo zachęty ze strony rodzin. Nie jest też jasne, na jakiej zasadzie i po co Rogalski przekazywał informacje dotyczące badań sekcyjnych jednej z ofiar osobie (Macierewicz), która nie jest przecież stroną w postępowaniu, by później użalać się, że poseł wykorzystał to jako paliwo do konstrukcji tezy „bombowej”. Na marginesie – z pewnością taki obieg informacji da dużo do myślenia prokuratorom wojskowym.

Rogalski portretuje się jako ofiara Macierewicza i jego spiskowych teorii (przyczyną katastrofy był wybuch), zarzucając mu budowę konkluzywnych, rozstrzygających sądów w sytuacji braku wystarczającej bazy dowodowej, by za chwilę samemu to robić (przyczyną katastrofy były błędy załogi). Jako pełnomocnik mający swobodny dostęp do prokuratorskich akt mecenas Rogalski doskonale wie, że jak na razie takich dowodów prokuratura nie ma, a opinia dotycząca przebiegu i parametrów ostatniej fazy lotu dopiero powstaje, więc należałoby się raczej powstrzymać od ferowania wyroków.

Nie chce mi się wierzyć, że adwokat w postępowaniu dotyczącym sprawy karnej odpowiedź na pytanie o przyczynę katastrofy w postaci: „zejście poniżej 100 metrów”, traktuje poważnie.

Zawodowa dociekliwość powinna go wszak zachęcić do postawienia innego, kluczowego pytania: DLACZEGO (jeśli oczywiście nie zakładamy, że piloci byli samobójcami) samolot znalazł się pod progiem pasa, i to będąc w zasięgu lotniskowych radarów. Rogalski popełnia tu błąd logiczny, myląc skutek z przyczyną.

Nikt mi też nie powie, że człowiek z wykształceniem prawniczym uwierzy w historyjkę, że zespół „ekspertów”, który nie potrafił wykonać prostej czynności, jaką jest pomiar drzewa, był jednocześnie w stanie dokonań serii skomplikowanych i precyzyjnych obliczeń parametrów ostatniej fazy lotu tupolewa.

Rogalski nie wyjaśnia powodów gwałtownej i żarliwej konwersji na raport Millera. Tłumaczenia, jakoby przeżył katharsis po lekturze 429 tomów akt śledztwa, z czego ponad połowa to bezwartościowa makulatura, nie przekonałyby nawet Macieja Laska, a co dopiero rodzin, które do niedawna reprezentował.

POZOSTAŁE WPISY
Sobota, 3 sierpnia 2013

Pragmatyzm „Róbta co chceta”

Niedziela, 26 maja 2013

Paździerzowy faszyzm Michnika

Czwartek, 16 maja 2013

A jednak nie został sprawdzony

Środa, 24 kwietnia 2013

Seremetowi do sztambucha

Wtorek, 20 listopada 2012

Zamach, który wstrząsnął światem

Czwartek, 27 września 2012

Opowieści z morgu

Czwartek, 9 sierpnia 2012

Historycy z Balnibarbi

Poniedziałek, 23 lipca 2012

Karafka Edmunda Klicha

Niedziela, 15 lipca 2012

Prokuratura prosi o wsparcie?

Niedziela, 8 lipca 2012

Gorączka